Bardzo dużą mam satysfakcję, kiedy po udanym dniu przychodzi czas... kolacji.
Udaje się nad rzekę mniej więcej godzinę przed zachodem słońca. Jest jeszcze czas na
wybranie odpowiedniego miejsca — zacisznego i ustronnego, z dala od widoku ludzi. Jest też czas na zebranie drewna, żeby później, po ciemku, nie szukać go po okolicy.
Zbieram to, co można znaleźć w pobliżu: połamane gałęzie, patyki leżące pod krzakami czy większe konary naniesione przez rzekę i wyrzucone na brzeg. Warto mieć ze sobą rękawice. Zbieram też drobne patyczki, które przydadzą się przy rozpalaniu i podtrzymywaniu pierwszych płomieni.
Do rozpałki potrzebna jest jeszcze sucha trawa. Najlepiej taka puszysta albo puch z przekwitłych ostów.
Zabrałem zapałki?
Zapomniałem.
A zapalniczka?
No tak... nie palę. I słusznie.
Nie szkodzi. Przecież w kieszeni mam krzesiwo. Idealnie!
Układam w wyznaczonym miejscu trawę, puch i drobne patyczki. Czas na iskrę. Przykładam krzesiwo, pobieram je blaszką i...
Brak iskry.
Druga próba. Poprawiam ułożenie dłoni i blaszki.
Uda się?
Zrobiłem to?
Tak!
Posypało się kilka iskier, które trafiły prosto do przygotowanego wcześniej gniazdka. Błyskawicznie wszystko, co suche, stanęło w płomieniach. Teraz tylko małe gałązki, dokładane stopniowo dla podtrzymania ognia. Z czasem płomień robi się coraz większy, a dokładane gałęzie również.
I nagle robi się coraz cieplej.
Ognisko to też bezpieczeństwo
Pamiętaj o bezpieczeństwie. Warto mieć ze sobą butelkę wody, żeby w razie potrzeby ugasić niechciane iskry, które mogą polecieć poza bezpieczny obszar ogniska.
Można też otoczyć miejsce ogniska grubszymi konarami. Przy okazji mogą się przy ogniu podsuszać, a częściowo osłaniają płomienie przed wiatrem.
Jeszcze przed rozpaleniem przygotowuję dłuższe kije. Strugam ich końcówki swoim scyzorykiem i opalam je chwilę w ogniu.
Czas przygotować standardowy posiłek.
Kiełbaska.
Kilka razy delikatnie nakłuwam ją czubkiem scyzoryka, żeby tłuszcz mógł wypływać podczas pieczenia i podsycać ogień. Nabijam kiełbasę wzdłuż na przygotowany kij.
Piekę kilka minut.
Kiedy jedna część jest już odpowiednio przypieczona, nadgryzam ją i delektuję się ciepłym, soczystym posiłkiem. Później znowu trochę do ognia. I tak kilka razy.
Bez chleba.
Jem samą kiełbasę, prosto z kija, który w pewnym sensie służy mi jak widelec.
Zachód słońca nad Bugiem
W międzyczasie podziwiam widoki zachodzącego słońca.
Rozkoszuję się ciszą...
To znaczy odgłosami natury.
Szumem drzew. Szmerem przepływającej rzeki. Chlupnięciem wody spowodowanym wynurzeniem się ryby. Przelatujące ptaki zaćwierkają. Czasami odezwie się jakiś owad.
Ale właśnie o to chodzi.
O brak miejskich odgłosów.
Można pomyśleć.
Popatrzeć.
Oddech trochę zwalnia.
Zbliżający się zmierzch powoli zaczyna ukazywać to, co ma do zaoferowania noc.
A jeśli dobrze się trafi - brak chmur i brak miejskich świateł, to czyste niebo robi swoje.
Zaczyna się magia.
Odpalana powoli. Stopniowo. W swoim tempie.
Jedna gwiazda.
Druga.
Kilka minut później pojawia się następna. Potem kolejna.
Na coraz ciemniejszym niebie zaczynają iskrzyć gwiazdy. Jest ich coraz więcej i więcej.
O...
Wielki Wóz.
I tyle znam konstelacji na niebie.
Ale to nieważne.
Ważne, że żyję, oddycham i miałem możliwość tu być.
Siedzę nad Bugiem, patrzę w niebo i przez chwilę nie potrzebuję niczego więcej.
A Ty? Jak Ci się podoba taki wypoczynek?
Sprzęt, który może przydać się podczas takiej wyprawy:
- Krzesiwo
- Rękawice robocze
- Scyzoryk
- Większy nóż
- Worek wodoszczelny lub plecak
- Latarka czołowa
- Powerbank
- Bidon na wodę
- Kubek turystyczny
Powyżej znajdują się linki partnerskie. Jeśli dokonasz zakupu za pośrednictwem takiego linku, mogę otrzymać prowizję, bez dodatkowego kosztu dla Ciebie.Mi to pomaga spełniać kolejne przygody.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz